Przez całą drogę rozmawialiśmy a w zasadzie kłóciliśmy się o to czy
jednorożce są przyjazne czy nie. Justin twierdził że konie z różowym rogiem, pokazywane w bajkach dla dzieci nie mogą być groźne. Natomiast
ja że róg to broń, a same jednorożce to krwiopijcze potwory, dla których
najlepszym pożywieniem są ludzie. I tak rozmawiając na ten bardzo mądry
temat dojechaliśmy pod dom moich dziadków.
____________________________________
Już z daleka zobaczyłam wielki samochód babci na podjeździe, tylko dlaczego byli tu, przecież powinni być na Florydzie.
-Poczekaj tu, zaraz wrócę - zwróciłam się do Justina a sama wyszłam z samochodu i udałam się do domu.
-Noemi? Babciu? Dziadku? - krzyknęłam od progu ale nikt mi nie odpowiedział. Przeszłam do salonu i zobaczyłam dziadka zbiegającego ze schodów.
-Alex, słońce, na miłość Boską nie krzycz - przytulił mnie na powitanie - obawiam się, że mam złe wieści, będziecie musiały stąd wyjechać, najlepiej wracajcie do Kanady.
-Co? Ale dlaczego? - przerwałam mu w połowie zdania.
-Babcia jest chora, złapała coś na tej przeklętej Florydzie. A wiesz jaka ona jest, jak bardzo nie lubi szpitali i tego wszystkiego, leży na gorze, przyczepiona do kroplówki, przez większą część dnia śpi i..
-Ale dalej nie rozumiem czemu mamy wyjeżdżać - znowu przerwałam mu w połowie.
-Może babcia ci to wyjaśni bo chyba jeszcze nie śpi - nie wiem czy coś jeszcze mówił, czy skończył, pobiegłam na górę tak szybko że dwa razy o mało co się nie wywróciłam. Zatrzymałam się przed uchylonymi drzwiami i tylko przez moment zawahałam się, weszłam.
Babcia leżała na łóżku, przyczepiona do kroplówki, tak jak mówił dziadek, była wychudzona i blada jak ściana. Na jej widok poczułam coś nieprzyjemnego, ale ciężko stwierdzić czy to ukłucie smutku czy odruchy wymiotne, przełknęłam ślinę i podeszłam do łóżka.
-Hej babciu - szepnęłam -jak się trzymasz?
-Hej słonko - wychrypiała z wielkim wysiłkiem - nie jest najgorzej, dziadek dramatyzuje - próbowała się zaśmiać ale zabrzmiało to trochę jak warkot starego dizla.
-Powiedział że muszę z Noemi wyjechać, czy to prawda? - widać było, że jej i tak już kiepsko wyglądająca twarz posmutniała.
-Tak słońce, musicie wyjechać, dziadek się mną zajmie.
-Ale czemu? My też chcemy pomóc... - chciałam coś jeszcze powiedzieć ale babcia mi przerwała.
-Nie, macie wakacje i nie chcę żebyście się mną martwiły, zaraz mi się poprawi, zobaczysz, a teraz idź pomóż Noemi w pakowaniu waszych rzeczy, i może w końcu wpuścisz tego młodzieńca pod domem do środka - uśmiechnęła się i puściła do mnie oczko, również się uśmiechnęłam i bez słowa wyszłam. Skąd ona wiedziała że pod domem czeka Justin? Zastanawiałam się schodząc po schodach, poszłam otworzyć Justinowi i po krótce wszystko mu wyjaśniłam, nie wydawał się smutny po wiadomości że ja i Em wracamy do Kanady, powiedział że sam chętnie tam wróci, a gdy mu powiedziałam o dziwnym zachowaniu babci uśmiechnął się trochę i poszedł z nią porozmawiać a ja poszłam na górę do Noemi. Około 16 miałyśmy wszystko spakowane. Dziwne było tylko to że Justin dalej siedział u mojej babci postanowiłam iść sprawdzić czy nic się nie stało, stojąc pod drzwiami usłyszałam urywki rozmowy, wiem że to nieładnie podsłuchiwać ale nie mogłam się powstrzymać. Przyłożyłam ucho do drzwi i słuchałam:
" - I myślisz March że to się uda? - spytał Justin - ja się boję.
-spokojnie Justin, ona prędzej czy później się dowie, zwłaszcza że macie spędzać ze sobą dużo czasu, tylko jak już to załatwisz, pamiętaj, nigdy nie mów jej o moim sekrecie, weź klucz i 13 kwietnia za rok wiesz gdzie masz iść.
-Wiem March i nie zawiodę cię tym razem, obiecuję, muszę już iść zaraz wyjeżdżamy.
-Dobrze, tylko bądź ostrożny
-Zawsze.
-Alex! Możesz już przestać podsłuchiwać, skończyliśmy! - krzyknęła moja babcia zza drzwi."
No ładnie, a skąd ona wiedziała że tu jestem? Co ma się Justinowi udać? O czym ma komuś nie mówić? Co to za klucz? I o co chodzi z tą datą? Dlaczego on do niej mówi po imieniu? Użył zwrotu "March i nie zawiodę cię TYM RAZEM" czyli że znał moją babcię wcześniej? To wszystko było dziwne i skomplikowane, postanowiłam nie przejmować się tym teraz.
Drzwi od pokoju babci się otworzyły i wyszedł Justin
- To rodzice cie nie nauczyli, że nie wolno podsłuchiwać? Jak wrócimy do Kanady to im wszystko wyśpiewam! - nie zdążyłam mu wyjaśnić że pośpiewa sobie najwyżej do nagrobków, bo Justin złapał mnie w pasie i zarzucił mnie na ramię.
-Głupku puszczaj!
-A magiczne słowo?
-Idiota! - krzyknęłam i zaczęłam okładać pięściami jego plecy.
-Nie - zatrzymał się - to jest mało magiczne bo często je słyszę.
-Prooooszę - wyjęczałam nie przestając go bić.
Zbiegł ze schodów i wywrócił się ze mną na kanapę
-Wedle życzenia - powiedział i zaczął mnie łaskotać
-Just-Justin! Sko-Sko-Skończ już! - Darłam się między napadami śmiechu.
-Coś za coś - przestał na chwilę
-Co chcesz? - spytałam próbując wydostać się spod chłopaka.
-Buziii - powiedział robiąc dzióbek. Wywróciłam oczami i cmoknęłam go w usta.
-Pięknie - cofnął się ze mnie i usiadł na kanapie.
-Nic nie powiesz moim rodzicom - powiedziałam poprawiając włosy
-Za jeszcze jednego buziaczka to faktycznie nie - wyszczerzył się.
-Niee, poprostu nic im nie powiesz i już.
-Czemu?
-Bo...oni nie żyją - minęło tyle lat od ich śmierci; 12 lat a ja za każdym razem mówiąc "oni nie żyją" mam ochotę wybuchnąć płaczem, teraz też czułam jak głos zaczyna mi drgać a oczy robią się zbyt wilgotne. Spojrzałam na Justina, na jego twarzy nie było już uśmiechu, raczej smutek, a w oczach współczucie i zakłopotanie.
-Ja, ja przepraszam, ja nie wiedziałem - tłumaczył się
- Nie ma problemu, skąd mogłeś wiedzieć - uśmiechnęłam się lekko a po moim policzku spłynęła łza, Justin natychmiast ją starł. Przysunął się i mocno mnie przytulił, a ja się w niego wtuliłam i wybuchłam płaczem
-Oj! Co się stało? - Usłyszałam głos Noemi gdzieś przy drzwiach. Spojrzałam na nią tylko kątem oka, ale ona wiedziała już czemu płaczę, bo była moją przyjaciółką - Rodzice? - spytała dla upewnienia się i szybko podeszła do kanapy. -Al, spójrz na mnie - oderwałam się od Justina i przeniosłam moje zapłakane spojrzenie na nią - Oni nie chcieliby żebyś płakała, oni chcieliby żebyś była silna, żebyśmy obie były silne, racja? - skinęłam jej lekko głową a ona mocno mnie przytuliła.
_________________________
Rozdział miał być wcześniej ale miałam szlaban za oceny :p
Potem miał być w sobotę ale rano byłam na zakupach a wieczorem na koncercie Paul'a McCarney'a.
Proszę o komentarze do rozdziału bo sama nwm czy mam pisać czy zostawić bloga :/
Zapraszam też na mojego drugiego bloga (również o JB) sorry-life-is-brutal.blogspot.com
Do nn :*